Menu

Słodkie życie

Moje życie z ct1

Wczesna, złota polska jesień 1987 roku

zbigniewsp

                Poniedziałkowy poranek. Leniwy rozruch po dwóch dniach laby. Wolnego czasu od pracy. Na tyle leniwy, że nie ma już czasu na golenie. Sobota i niedziela bez maszynki... Dzisiaj na twarzy widać już wyraźne ślady zaniedbań weekendowych. Ale na to nie ma rady. Za późno podniosłem się z łóżka. Może w pracy nikt na to w poniedziałek nie zwróci uwagi. Piękne słońce za oknem. Jesień w tym roku jest urocza. Należy chyba to docenić. Jasne, szare spodnie, jasna koszula. Ale na wierzch trzeba coś jeszcze wrzucić. Biały, wełniany sweter nie będzie chyba zły. Insulina podana. Ale... trochę mało czasu na jedzenie. Chyba zrobię to w pracy. Czas dojazdu do instytutu powinien być dobrym dystansem do rozpoczęcia śniadania. Ale patrząc w lustro już nie myślę o tym, tylko patrzę na to, co w nim widać. Wyglądam nawet całkiem nieźle. Buziak dla żony. I dla synka.  7:15... Ruszam.

                Dzień zapowiada się pięknie. Idę wolnym krokiem na przystanek. Autobus do centrum, a dalej po przesiadce jazda na peryferia miasta. Słońce świeci pełnym blaskiem. Ptaki śpiewają. Dominującym kolorem jest złoto i zieleń. Miło jest iść przed siebie. Nawet, jeśli jest to droga do pracy. Chociaż...praca nie jest przecież wcale złym miejscem. Spędzam tam sporą część dnia. Jestem tam  z ludźmi, których znam, niektórych lubię... (do dzisiaj, mimo że nie pracuję tam już od 23 lat). I wcale nie muszę nawiązywać do filmu "Nie lubię poniedziałku"... Moje poniedziałki są całkiem sympatyczne. Może ten dzisiejszy jest troszkę śpiący. Wygląda na to, że wybrałem się na przystanek nieco za późno. Nikogo nie ma. Pusto. Autobus chyba pojechał. Żeby dojść na ten przystanek, gdzie mogę złapać swój autobus "końcowy" przed centrum, trzeba zrobić 15 minutowy spacer. Nie ma wyjścia. Poniedziałkowy rozruch dobrze zrobi. Idąc rozglądam się trochę dookoła. Okolica, w której mieszkam jest urocza. Mimo, że to blokowisko, ale ma swój charakter. I tonie w zieleni. Wąwóz dzielący dwa osiedla tonący w porannej mgle. Słońce świecące z prawej strony. Już nawet całkiem mocno grzeje.

 page

W połowie drogi zaczynam odczuwać pierwsze objawy spadku cukru. Hipoglikemia daje o sobie znać, ale kiedy sięgam do teczki uświadamiam sobie, że pudełko z kostkami cukru zostało w plecaku po wczorajszym spacerze. Nie mam przy sobie niczego, co by mi pomogło. Ale może dam radę. To przecież jeszcze kilka minut do autobusu, a potem pójdzie szybko i gładko. Nogi zaczynają mi się plątać. W głowie czuję małą wirówkę. Świat zatacza szerokie kręgi, a ja podążam w kierunku, jaki obrałem. I w końcu docieram na przystanek. A za chwilę podjeżdża 14. Teraz już tylko przed siebie. Do instytutu. Do pracy. Jak zwykle jestem pewien, że dam radę...

                Patrzę w sufit, który umyka przed moim wzrokiem. Jasno świecące lampy migają w oczach. Gdzie ja jestem? Co to z a miejsce? Powinienem być przecież w pracy. Jakiś człowiek pochyla się nade mną. Coś mówi, ale nic nie słyszę. Nic nie kojarzę. Mijamy jedne drzwi, potem drugie. Robi się nieco ciszej. A może to tylko moje wrażenia. Nie wiem nadal gdzie jestem, co się zdarzyło. Pojawia się mój doktor. Widuję się z nim tylko w poradni. Albo od czasu do czasu w klinice. Skąd się wziął? Jak się tutaj pojawił? Czekam na to, żeby wszystko się rozjaśniło w mojej skotłowanej głowie...

-Witaj Czarny typie - mówi do mnie lekarz, który mnie prowadzi od wielu lat.

- Gdzieś tak zabalował Zbyniu? - pada zaskakujące pytani.

- Dzień dobry panie doktorze. Nie zabalowałem. Jechałem do pracy. Ale przyznam szczerze, że nic nie pamiętam.

Moja odpowiedź nie rozwiewa wątpliwości mojego lekarza. Jest na dyżurze na izbie przyjęć. Różni pacjenci tu trafiają. 

- To powiedz mi, gdzieś się tak urządził.

Pytanie mnie zaskakuje. O co chodzi. Leżę na stole na środku sali. Czuję się  niemal tak, jak na stole operacyjnym,. I jeszcze zadawane są mi dziwne pytania.

- Ale w czym rzecz panie doktorze... - pytam zdezorientowany.

- Lepiej się już czujesz? Dostałeś sporą porcję glukozy. A byłeś nieprzytomny, kiedy cię tu przywieźli.

- Czuję się normalnie. Tylko ta pozycja horyzontalna trochę mnie rozbija.

- Dasz radę wstać? - pada pytanie od człowieka w białym fartuchu.

- Chyba tak - odpowiadam bez przekonania, ale pełen nadziei.

Powoli podnoszę się i na nogach jak z waty staję na podłodze.

Podchodzę do lustra wiszącego na ścianie i nie bardzo wierzę w to, co widzę. Przede mną stoi nieogolony facet w białym swetrze. Jego twarz nosi ślady krwi na policzkach i wokół ust. Na swetrze widać czerwone plamy. Wyglądam jak człowiek, który przed chwilą brał udział w potyczce kiboli. W tamtych czasach takie określenie jeszcze nie funkcjonowało. Mówiło się o chuliganach stadionowych, potem o pseudokibicach, szalikowcach itd., itp. Ale jakby tego nie nazywać, wyglądałem w tym momencie fatalnie. Pielęgniarka podała mi wacik i dzięki temu moja twarz zaczyna wyglądać po chwili trochę lepiej. Chociaż wciąż zarost na niej czernieje i zakłóca harmonię obrazu. Teraz czeka mnie szczera rozmowa z moim doktorem. Czasami myślę, że traktuje mnie jak syna. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy w klinice, można było taki dystans ustawić. Dystans albo relacje. Zawsze czułem się mimo upływającego czasu jak dziecko w stosunku do lekarza, który mnie prowadził od samego początku. I zawsze w klinice usłyszeć mogłem, że jestem pacjentem docenta, potem profesora. I dobrze mi z tym było. Ale tego dnia usiadł koło mnie i powiedział kilka słów, które zostały w mojej pamięci na zawsze.

- Zbyniu. Kiedy łapie Cię niedocukrzenie musisz sobie zdawać sprawę, że nie różnisz się niczym od topielca. Kiedy poziom cukru osiąga poziom hipoglikemii to tak, jakby ktoś wsadził ci głowę pod wodę i tam ją trzymał. Twój mózg nie ma tlenu. Ty w tym momencie się "topisz". A chyba wiesz, jakie są konsekwencje w przypadku osób, które spędziły trochę za dużo czasu pod wodą. Pomyśl o tym przy każdej okazji. U ciebie te zmiany są podobne. I za każdym razem nakładają się na siebie.

- Ale panie doktorze. Jak z tym sobie radzić? Czasami czuję, że to nadchodzi. Innym razem dopada mnie znienacka. To jest niejednokrotnie czysta loteria. Pamięta pan historię z milicjantami? Do tej pory dziękuję Bogu, że tego dnia wysłali patrol z normalnymi ludźmi. A przecież nie zrobiłem tego wszystkiego po to, żeby doznać takich wrażeń. To było niby we mnie, ale z drugiej strony... jakby obok mnie. Tak zresztą często bywa z niedocukrzeniami. Czasami to są odloty w czarny, mroczny, wrogi świat. A kiedy dochodzi się do siebie jedyną myślą o tym, co było jest to, żeby nigdy tam nie wrócić. I tak jest do następnego razu.

- Wiem, że to bywa trudne. Ale musisz starać się, żeby takie sytuacje dotykały cie jak najrzadziej. Takie chwile mogą doprowadzić cię na krawędź życia.

                Jeszcze wiele lat później wspominałem te słowa. I zawsze budziły we mnie bardzo głębokie refleksje. I wspominam je do dziś. Bo niejeden raz żona, synowie, koleżanki czy koledzy w pracy, albo pogotowie ratowały mnie z opresji wywołanej hipciem. Ale na szczęście dzisiaj te chwile wydają się być już poza mną.

                Godzinę później przyjeżdża po mnie żona. Rozmawia chwilę z doktorem i zabiera mnie do domu. Po drodze w autobusie próbuje dowiedzieć się jakiś szczegółów, ale niestety... Dzisiaj nie jestem w stanie niczego jej powiedzieć. Nic nie pamiętam. Może jutro, kiedy pojadę do pracy dowiem się więcej. Ale tego samego dnia kilka osób dzwoni, żeby dowiedzieć się, jak się czuję. I powoli zaczyna się wyłaniać obraz tego, co się działo w ten poniedziałkowy, jesienny poranek. Dzwoni kuzynka żony, która pracuje w zakładzie ekonomiki obok mojego instytutu. I ona była najbliżej mnie tego poranka. Dzwonią koledzy z instytutu. Teraz zaczyna się kształtować obraz mojej drogi do pracy. Czas z autobusu linii 14, kiedy straciłem kontakt z rzeczywistością...

                Kiedy wsiadłem do 14 po 7 usiadłem przy tylnych drzwiach i chyba powoli usnąłem. Na Felin autobus jedzie około 30 minut. W tym czasie odpłynąłem daleko w świat hipoglikemicznego horroru. Ale i tak nic z tego nie pamiętam do dziś. Kiedy autobus dojechał do końca kierowca zauważył, że siedzę i nie reaguję na nic. Podszedł do mnie i potraktował mnie jak pijanego pasażera. Potarł moje uszy i krzyknął.

- Panie, to juz końcowy. Dalej nie pojedziemy.

Ale z mojej strony nie było większej reakcji. Podniosłem głowę, spojrzałem na kierowcę i oddałem się "drzemce" w dalszym ciągu. Na szczęście tym samym autobusem jechała kuzynka mojej żony, Ania, która w tym czasie pracowała też na uczelni w sąsiednim zakładzie. Wzięła mnie pod rękę i w jakiś niewytłumaczalny sposób udało się jej doprowadzić mnie do portierni w moim instytucie. Tutaj zostałem ułożony na ławce, a dziewczyna pracująca na centralce telefonicznej zadzwoniła po pogotowie. Zanim karetka przyjechał nikomu nie udało się niczego ze mną zrobić. Niestety w tamtym czasie niewiele osób wiedziało, jak cukrzykowi pomóc.

                Na karetkę trzeba było trochę poczekać, ale ja nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Leżałem na ławce zdany na pomoc innych. I cała reszta zdarzeń są to opowiadania moich znajomych, którzy byli ze mną w tych niezbyt sympatycznych chwilach. A wyglądało to tak...

                Kiedy przyjechała karetka wysiadł z niej młody lekarz. Kiedy wszedł ze swoją torbą na hol rozejrzał się i podszedł do mnie. Ania(kuzynka żony) powiedziała mu, co mi dolega. Lekarz pochylił się. Nie było ze mną żadnego kontaktu w tej chwili. Postanowił podać mi doustnie glukozę. Próbując złamać ampułkę z glukozą skaleczył się. Wtedy nikt nie miał rękawiczek na rękach w czasie interwencji. I efekt był taki, że po próbach napojenia mnie zawartością szklanego naczynka moja twarz i sweter zostały upstrzone krwią pana doktora. Jeszcze chwilę próbował coś ze mną zrobić, po czym dał hasło, aby zapakować mnie do karetki. Potem już wszystko potoczyło się szybko. A moje pierwsze wrażenia po odzyskaniu kontaktu z realnym światem, to światła lamp na suficie izby przyjęć na Jaczewskiego...

20160629_111428

© Słodkie życie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci